Kiedyś myślałam, że praca to coś, co po prostu trzeba przeżyć. I że studia to wybór „rozsądnej” ścieżki, która da mi jakąkolwiek pracę, najlepiej taką, która wypłaci pensję na czas i nie wymaga zbyt wielu pytań. Ekonomia? Księgowość? Logistyka? Było. Checked… ✅
Ale wiesz co? Czasem wystarczy chwila nudy w pracy (takiej nudy, że liczysz zszywki w szufladzie), żeby przypomnieć sobie, że gdzieś głęboko masz w sobie pasję. U mnie to był hiszpański. Od czasów “Zbuntowanego anioła” wiedziałam, że ten język ma w sobie jakąś iskrę. Ale przez długi czas kompletnie tego nie słuchałam.
Jak planowanie stało się moją supermocą
Zanim zostałam nauczycielką hiszpańskiego i neurolanguage coachką, przez lata pracowałam w dużej korporacji w dziale logistyki. I choć to nie było moje życiowe powołanie (mimo, że też chwilami “bawiłam się” tam wybornie), to muszę przyznać — potwierdziło mi jedną ważną sprawę: planowanie to złoto.
Do dziś planuję wszystko blokami. Nigdy nie byłam tą osobą, która zapisuje “8:00 – wypicie kawy, 8:15 – sprawdzenie skrzynki mailowej”, ale lubię mieć ramy, bazę, strukturę.
Nie chaos, tylko spokój w głowie i porządek na papierze.
W moim kalendarzu zapisuję wszystko: godziny lekcji (a mam ich ok. 28 tygodniowo, kiedyś było nawet 34 😅), sesje coachingu, rzeczy do ogarnięcia. I – najważniejsze – czas na rozwój i językowe przyjemności.
A może to wszystko zaczęło się wcześniej?
Prawda jest taka, że planowałam zanim jeszcze nauczyłam się pisać.
Rysowałam sobie tabele z planami wakacji: lody, zabawa, spanie u babci.
Byłam tym dzieckiem, które sprzątało biurko przed nauką.
Które kochało robić notatki, zaznaczać, wypisywać słówka, wymyślać zdania.
To nie była nuda – to było moje małe królestwo porządku. 📚🖊️
Co dał mi hiszpański?
Nie tylko nowy zawód, nie tylko nową siebie.
Dał mi radość, autentyczność, poczucie, że jestem na właściwej drodze.
Bo kiedy uczysz się języka, to nie tylko słów i gramatyki – poznajesz świat, ludzi i siebie.
A jeśli jesteś nauczycielką, to już w ogóle – język staje się mostem, nie tylko narzędziem.
Po co to wszystko Ci piszę?
Bo wiem, że wiele z nas łączy na co dzień setki ról.
Bo wiem, że pasja często gubi się wśród codziennych obowiązków.
I wiem też, że wystarczy drobna zmiana — jak np. zapisanie myśli w kalendarzu — żeby coś się ruszyło.
Dlatego stworzyłam kalendarz po hiszpańsku dla osób, które chcą planować z pasją.
Nie tylko planować – ale rozwijać się, uczyć, inspirować.
Znajdziesz tam:
✨ ponad 200 QR kodów z treściami kulturowymi i językowymi
📌 miejsce na cele, wizje, budżet, tygodniowe priorytety
🧠 strony na rozwój osobisty i językowy
🎨 cytaty i ilustracje inspirowane Hiszpanią
…i całość po hiszpańsku, ale z polskimi świętami – w sam raz dla Polek i Polaków uczących (się) hiszpańskiego. W sam raz dla wszystkich hiszpańskojęzycznych przybyszów z innych krajów, którzy postanowili osiedlić się w Polsce. Tymczasowo czy na dłużej.
Jeśli chcesz być na bieżąco z premierą i zgarnąć przykładowe strony, zapisz się na newsletter tutaj.
Konkretne przykłady
To wcale nie musi być projekt na miarę doktoratu. Serio. U mnie to wygląda tak, że język wplatam w codzienność — małymi krokami, ale regularnie. W tygodniowym planie rezerwuję sobie konkretne bloki czasu, w których uczę się słówek, oglądam coś po hiszpańsku, czytam albo przygotowuję materiały dla moich uczniów. Czasem to 15 minut z podcastem w drodze do pracy, czasem dłuższa sesja wieczorem. Nie chodzi o to, żeby „mieć czas”, tylko żeby go sobie zaplanować z wyprzedzeniem — dokładnie tak, jak umawiasz się do dentysty czy na kawę z przyjaciółką. Dzięki temu nauka nie wypada z obiegu. Staje się częścią życia, a nie czymś “na kiedyś”.
Zresztą, tak właśnie uczę się teraz francuskiego — powoli, ale konsekwentnie. Na razie skupiam się tylko na wymowie. W każdy poniedziałek słucham “wymówdziałków” od Marty @achtenfrancuski, w środy dostaję jej newsletter, w którym zawsze dorzuca coś ciekawego, a dwa razy w tygodniu wchodzę na jej kurs „Francuski Start”, żeby poćwiczyć dokładnie to samo: wymowę. Tyle. I to działa, bo nie próbuję ogarnąć wszystkiego naraz.
Właśnie dlatego zawsze polecam skupić się na jednym, maksymalnie dwóch źródłach. Zbyt wiele materiałów to najprostsza droga do językowego chaosu i wiecznego „zbierania linków na potem”. Ja wiem, że polecam dużo rzeczy z hiszpańskiego — i super, że są dostępne — ale nie trzeba robić wszystkiego. Wybierz jedną książkę, może kurs, kilka inspirujących kont na IG, YouTube albo jeden podcast i na tym buduj swój językowy fundament. Językowy minimalizm to często klucz do konsekwencji. A konsekwencja to językowy złoty graal.
A Ty? Masz swój językowy rytuał? A może planowanie to dla Ciebie nowość?
Daj znać w komentarzu – chętnie poczytam, jak to wygląda u Ciebie! 💬
K.

